STREFA INTERESÓW

 

Reżyseria: Jonathan Glazer

Scenariusz: Jonathan Glazer

Produkcja: Wielka Brytania, Polska, USA

Obsada:

Christian Friedel - Rudolf Höß

Sandra Hüller - Hedwig Höß

Ralph Herforth - Oswald Pohl

Daniel Holzberg  - Gerhard Maurer

Sascha Maaz - Arthur Liebehenschel

Freya Kreutzkam - Eleonore Pohl

Imogen Kogge - Linna Hensel

Johann Karthaus - Klaus Höß

Lilli Falk - Heidetraut Höß

Nele Ahrensmeier - Inge-Brigitt Höß

Luis Noah Witte - Hans-Jürgen Höß

Julia Polaczek - Aleksandra Bystroń-Kołodziejczyk

Wolfgang Lampl - Wilhelm Hans Burger

Stephanie Petrowitz - Sophie Stippel

W 1943 roku Rudolf Höß (Christian Friedel), komendant obozu koncentracyjnego Auschwitz, mieszka wraz z żoną Hedwig (Sandra Hüller) i pięciorgiem dzieci w pięknej, pedantycznie czystej willi położonej w „strefie interesów” – jak naziści określali tereny położone w bezpośrednim sąsiedztwie obozu koncentracyjnego. Obraz koncentruje się na codzienności Hößów, swoistej „uporządkowanej normalności”. Głowa rodziny nadzoruje funkcjonowanie machiny masowej zagłady i spełnia rodzinne funkcje – czyta swoim dzieciom bajki na dobranoc, przed snem sprawdza czy drzwi wejściowe są zamknięte, a światła w domu zgaszone. Z kolei Hedwig pielęgnuje ogród i nadzoruje codzienne prace domowe. Para celebruje rodzinne obiady, marzy o wakacjach we Włoszech, urządza pikniki w ogrodzie, zabawia przyjaciół i świętuje urodziny. W dni wolne lubi pływać na kajakach lub spacerować z przyjaciółmi. Prace domowe wykonują za nich miejscowe kobiety. Mieszkańcy willi korzystają z elementów dobytku zabranego więźniom. Sielski obraz zakłócają wydarzenia toczące się za murem oddzielającym ogród od obozu. Na ekranie nigdy nie widać jednak komór gazowych obozu, baraków, ani innych elementów istniejącej za murem machiny zagłady. Ale zza muru docierają obozowe odgłosy. Często słychać strzały, krzyki, odgłosy pociągów i huk pieców. Film pokazuje reakcje mieszkańców willi ignorujących zło. Mur staje się silnym symbolem wyparcia pewnych części życia, by zachować własny komfort. Trwającą kilka lat idyllę zakłóca informacja, że Höß ma zostać przeniesiony do pracy w biurze SS pod Berlinem. Na myśl o opuszczeniu wiejskiej kryjówki Hedwig wpada w panikę.

Jest w „8 milimetrach” taka scena, w której Nicolas Cage dopada w końcu Maszynę, ściąga mu z głowy sado-maskę i po raz pierwszy może spojrzeć mu naprawdę prosto w oczy. Jednak zamiast zła wcielonego widzi poczciwego grubaska, który próbuje namacać dłonią okulary, bo gówno widzi. „Czego się spodziewałeś?” – pyta Maszyna świadom tego, że jest facetem o fizjonomii bardziej sympatycznej niż Diabeł. Strefa interesów Jonathana Glazera wychodzi z tego samego założenia. Od startu pokazuje, że za obrzydliwymi rzeczami mogą stać normalni wydawać by się mogło ludzie. A żądzę mordu, nawet jeśli kiedyś istniała, przyćmiła już dawno obojętność i automatyka.

Glazer w swoim najnowszym filmie interesuje się tym, co inne filmy o zagładzie głównie pomijają jako mało istotne w obliczu zbydlęcenia niemieckich oprawców. Codziennością katów milionów niewinnych, która musiała stanowić większą część ich życia. Nie było przecież tak, że wstawali o ósmej rano, zabijali z satysfakcją na twarzy do siedemnastej, a potem przy drinku oglądali sobie na ekranie zarejestrowane bestialstwa, w których uczestniczyli. Glazera to nie interesuje. Zainteresowany jest tą całą „nudą” wycinaną na stołach montażowych wszelkich „List Schindlera” itp. Jego Höss jest korpoludkiem, który rzeczywiście wstaje do roboty na ósmą i wraca z niej przed wieczorem, ale w całej niezwykłości morderczego zajęcia, którym się para, jest zwykłym kolesiem takim samym jak każdy inny znudzony pracownik dzisiejszej korporacji. W jego pracy nie ma miejsca na improwizację, wszystko jest przemyślane i ma działać jak w zegarku według utartych i powtarzanych czynności. Höss sprawia wrażenie człowieka, który jeśli kiedykolwiek był podekscytowany swoją robotą, to dawno zdążył przekuć ekscytację w obowiązek. Cholernie nudny obowiązek i taki dla niego pospolity.

Tak jak po powrocie z każdej innej pracy chciałoby się ją zostawić za drzwiami domu, tak i w Strefie interesów Holocaust pozostaje Holocaustem za płotem, a dom pozostaje domem aktywowanym przez zdjęcie oficerek, które za chwilę wypucują więźniowie-służący. Obrazy obozowej codzienności docierają do widzów jedynie w formie dochodzących zza płotu dźwięków. Do bohaterów nie docierają one w ogóle, bo dawno zdążyli się już do nich przyzwyczaić. Niczym pracownicy sieciówki słuchający w kółko przez cały dzień pięciu tych samych piosenek na krzyż. Im się tu dobrze żyje i tylko to ich interesuje. O tym, co umożliwia im takie życie, nie rozmyślają, bo i po co? Czasem strzępy informacji z tego nieistniejącego dla nich świata przedostają się w rozmowach z koleżankami o diamentach ukrytych w paście do zębów, czy w oczach przerażonych służących, którzy przemykają tuż obok dopełniając swoich obowiązków do ostatniego szczegółu jak kieliszek wódki leżący dokładnie w środku srebrnej tacy. O nic nie pytają. Nikt ich nie pogania, sami wiedzą, żeby biegiem zasuwać do kranu z oficerkami swojego władcy życia i śmierci. W tych epizodach – oprócz dochodzących zza muru dźwięków – najbardziej widać tę niewidzialną w filmie Glazera zagładę.

Ptaszki śpiewają, drzewa szumią, strumyk płynie. Słonko świeci, obiadek smakuje pysznie, dzieci chowają się zdrowo. Malowana takimi pędzlami Strefa interesów stara się porażać tym, czego nie widać, a co taka zwykła codzienność podkreśla. W bohaterach filmu też potrafią budzić się emocje, ale nie takie, jakich spodziewać by się można po kimś, kto powinien mieć sumienie. Kiedy Hedwiga dowiaduje się, że sielanka wkrótce może się skończyć, na jej twarzy pojawia się mina Angeli z „Psów” wzdychającej: „Kurwa, a tak nam było dobrze”. Coś zaczyna się dziać, klocki dotychczasowej egzystencji się przesuwają. Jednak wpływu na zagładę nie ma to żadnego. Ona się toczy i toczyć się będzie, za chwilę w rewolucyjnym obrotowym krematorium. Nie o niej jest to film. I o niej zarazem.

Zupełnie nie przekonały mnie te metaforyczne wstawki z ciemnym ekranem, negatywem itd., bez których mógłby się spokojnie obejść. Film Glazera niebezpiecznie balansuje na tej cienkiej linie pomiędzy arcydziełem, a przerostem formy nad treścią, z której bardzo łatwo można spaść w pretensjonalność. Jednak stale utrzymując się na niej, gdyby ktoś mnie pytał. Bywa filmem wstrząsającym – tym bardziej, im większą empatię posiada widz – ale bywa też filmem o chodzeniu po klatce schodowej i gaszeniu światła. Co najbardziej mnie zaskoczyło, tej kakofonii obozu śmierci nie ma tu wcale tak dużo. Świetny pomysł na takie ukazanie zagłady nie determinuje całego filmu. Ten bardziej skupia się na zobojętniałych ludziach-robotach zaprogramowanych do swoich zadań, udowadniając dalej to, co już udowodnił pierwszymi minutami. Że zło wcale nie musi być wymalowane na twarzy, że czyniąc zło w końcu przestajesz zauważać, że czynisz zło. Jak ta otchłań, która patrzy się na ciebie, gdy wystarczająco długo patrzysz się na nią. I być może w tym tkwi odpowiedź na nieśmiertelne pytanie o to, jak ludzie mogą być zdolni do takich zbrodni? O czym myślą zabijając milionami? O, kurwa, floksach, że ładnie zakwitły w ogródku. O tym, że trzeba prosić kumpla o to, żeby wstawił się za tobą u szefa. Mają bardziej przyziemne problemy na głowie. A ty, Nicolasie Cage’u, myślałeś, że co? Że myślą o setkach ciał spalanych na okrągło każdego dnia w krematoriach tuż za płotem? Głupi ty. Bo może Rudolf Höss wcale nie wstawał rano z myślą: „Juhu! Zagazujemy sobie dzisiaj dwa tysiące dzieci!”, a bardziej z „Jezu, znowu trzeba iść do tyrki”. (Co wcale nie czyni go mniej złym człowiekiem, bo te kwestie pozostają bezdyskusyjne i tego nikt w wątpliwość nie podaje).

Na koniec dodam, że nie poruszyła mnie Strefa interesów tak, jak myślałam, że mnie poruszy. Od pewnego momentu ciężkawo mi się oglądało film. Jedynie wstrząsnęła mnie scena jak widać za szybą stosy klapków.... a sprzątaczka myła szybę. Nigdy nie byłam w Muzeum Auschwitz, może dlatego tak mnie ta scena zaskoczyła... Wydaję mi się, że ten film dostał Oscary tylko za ukazanie w pewnych sferach własnych interesów nie zważając na odgłosy na murem. Moim zdaniem lepszym  i bardziej wciągającym filmem była "Zielona granica" i szkoda, że to nie ona dostała Oskarów.


















Ocena filmu: 7/10 - Ocena i tak jest na wyrost, bo nie biorąc pod uwagi wątku "czubku własnego nosa" bohaterów filmu, moja ocena byłaby raczej 5/10, ponieważ film został tak przedstawiony, że niektórzy mogą go dłuższymi chwilami nie rozumieć, brak więcej scen z obozu i moim zdaniem niedorobiona końcówka, powinna być informacja na koniec filmu, że Hoess był odpowiedzialny za śmierć 2,5 mln osób. Myślałam, że jak ten film dostał tyle Oskarów to warto wydać pieniądze w kinie, niestety uważam, że trochę poszły w błoto.

Komentarze

  1. Film nie miał na celu wstrząsać widzem, ale raczej pobudzić do refleksji, zastanowienia się nad tym, jak można spokojnie i szczęśliwie żyć, gdy za murem tysiącami giną ludzie. Twórcy kierują film do widzów, którzy wiedzą, co działo się za murami obozu. Dla tych, którzy nie wiedzą, ze Höss jest odpowiedzialny za śmierć 2,5 mln osób, są inne filmy o obozach zagłady. Filmów pokazujących realia takich miejsc jest wiele, a o rodzinie komendanta jest to pierwszy film - moim zdaniem bardzo dobry i słusznie nagrodzony Oscarami (nie "aż tyle" bo tylko dwa 🙂) Zgadzam się natomiast z tym, że ciemne wstawki są niepotrzebne, trochę zaskakują widza - ja nie bardzo wiedziałem, o co w nich chodzi. Dopiero potem doczytałem w recenzjach i wywiadach z reżyserem. Szkoda, że film jako międzynarodowy, nie mógł startować do Oscarów w innych kategoriach, bo należałby się Oscar dla Sandry Hüller za rolę Hedwig Höss. "Zielona granica" to dobry film, ale jednak nie tak wybitny jak "Strefa interesów", którą ja oceniam na 9/10.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, ale dla mnie to był dość ciężki film. Moją ocenę 7/10 podtrzymuję.

      Usuń
    2. Wiadomo, że ciężki. Dobre, wartościowe filmy, które nie służą pustej rozrywce, są często ciężkie i męczące w odbiorze.

      Usuń
  2. PS. "Zielonej granicy" dałem na Filmweb też 9/10 tylko dlatego, żeby podnieść średnią ocenę widzów niesprawiedliwie niską - tylko 4.4/10. Moja realna ocena to 8/10.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem. Ja też "Zieloną granicę" oceniłam 8/10.

      Usuń
  3. Oglądałam ten film i moim zdaniem to poruszająca historia o okrucieństwie wojny i banalności zła. Reżyser w mistrzowski sposób ukazuje kontrast między idylliczną codziennością rodziny komendanta obozu a piekłem, które rozgrywa się tuż obok. Film zmusza do refleksji nad moralną odpowiedzialnością i zadaje pytania o granice ludzkiej obojętności.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz