Narzeczona księcia - William Goldman
Buttercup przeżyła już swoją miłość. Nic dobrego z tego nie wyszło, więc kiedy otrzymała konkretną, rzeczową propozycje od następcy tronu swego kraju, zgodziła się. Jednak w swych planach oboje nie wzięli pod uwagę człowieka w czerni... Co będzie, jeśli najpiękniejsza dziewczyna świata zaręczy się z najwspanialszym księciem, który wkrótce okaże się ostatnim łajdakiem?
Szermierka. Zapasy. Tortury. Trucizna. Prawdziwa miłość. Nienawiść. Zemsta. Olbrzymi. Myśliwi. Źli ludzie. Dobrzy ludzie. Najpiękniejsze damy. Węże. Pająki. Zwierz wszelkiego gatunku i pochodzenia. Ból. Śmierć. Śmiałkowie. Tchórze. Siłacze. Pościgi. Ucieczki. Kłamstwa. Prawda. Cuda. Namiętność.... to tylko drobna część tego, co można znaleźć w opowieści o pięknej Buttercup, dzielnym Inigu, mocarnym Fezziku i tajemniczym człowieku w czerni...
W centrum intrygi znajduje się Buttercup ‒ dziewczę najpiękniejsze na świecie, acz nie pierwszej bystrości. Po utracie ukochanego (z którym wcześniej obchodziła się dość niefrasobliwie), zostaje ona tytułową narzeczoną księcia Humperdincka, chociaż nie idzie to w parze z uczuciem. Sytuacja dodatkowo komplikuje się, gdy bohaterka zostaje porwana.
Przychodzi taki moment w życiu recenzenta, w którym nie potrafi powiedzieć nic o przeczytanej książce. Ja myślałam, że muszę chwilę zaczekać, a wena sama przyjdzie. Nic bardziej mylnego. Żadnych pomysłów jak nie było, tak nie ma. Poszperałam trochę w Internecie, znalazłam ekranizację i zaczęłam oglądać…
Pierwsze wydanie „Narzeczonej księcia” opublikowano w 1973 roku, a w Polsce ukazała się dopiero w 1995 roku. Wydanie obecne jest niejakim uczczeniem 30–lecia wersji filmowej i zostało rozszerzone o dodatkowy komentarz od autora. Moim zdaniem było to bezsensowne. Wstęp zajmuje około 80 stron i niemalże streszcza książkę, więc później możemy być rozczarowani, że nie znajdziemy w niej nic nowego.
Książka nie jest tym, co obiecuje nam wydawca. Nie nazwałabym tej powieści „mistrzowsko skonstruowaną baśnią o prawdziwej miłości i wielkiej przygodzie”. Raczej bardzo dziwnie napisaną książką, z jeszcze dziwniejszymi wydarzeniami i ekranizacją lepszą od oryginału. O niebo lepszy film pokazuje o co tak naprawdę chodziło autorowi. Wszystko, co wydawało mi się irytujące w książce, nabierało sensu na ekranie i momentami śmieszyło.
Wracając do książki, to nikt nie potrafi tak niszczyć napięcia jak William Goldman. Zastosował on wiele zabiegów, które (jak mniemam) bardziej sprawdzają się w tworzeniu filmów niż na papierze. Książka miała być pastiszem różnych gatunków. O ile sztuka ta udała się w odniesieniu do romansu, to jeśli chodzi o fantasy autor odrobinę przesadził i wyszła z tego dosyć słaba parodia.
Szukając w sieci podpowiedzi, co takiego zrobiłam źle, że pomimo wielu pozytywnych opinii, mi ta książka nie przypadła do gustu, znalazłam też bardzo ciekawą informację. William Goldman pisze na samym początku o niejakim S. Morgensternie, który miałby napisać tę powieść jako pierwszy, a on wybrał najciekawsze fragmenty i umieścił w tym wydaniu. Cóż za zagranie! Nie było nigdy żadnego S. Morgensterna, a William Goldman jest jedynym autorem tej książki. Ta fikcyjna postać została przedstawiona tak przekonująco, że chyba wielu czytelników połknęło haczyk.
A okładka praktycznie nijak ma się do książki 😂. Książka męcząca. Pomysł może i ciekawy, ale żart ciężki, przydługie pogadanki. Za dużo autora i jego wstępów, dygresji, uwag, wspomnień, przemyśleń.
Jeśli ktoś z Was odczuwa potrzebę zapoznania się z tematem, polecam zdecydowanie film "Narzeczona dla księcia" - książkę raczej sobie odpuśćcie. Nie ma fajerwerków ani w stylu autora, ani w fabule, a przy filmie możemy się przynajmniej zdrowo pośmiać.
Link do filmu - Narzeczona dla księcia cda
Ocena książki: 3/10

Nie moje klimaty
OdpowiedzUsuńRozumiem
UsuńMyślę, że ani książka, ani film nie są w moim guście.
OdpowiedzUsuńTeż tak myślę 😉
Usuń