Sto lat samotności - Gabriel García Márquez
Miała to być pierwsza powieść Gabriela Garcíi Márqueza. Dzięki swym dziadkom znał od dziecka historię Macondo i dzieje rodziny Buendía, prześladowanej fatum kazirodztwa. Świat, w którym rzeczy nadzwyczajne miały wymiar szarej codzienności, zwyczajność zaś przyjmowana była jak zjawisko nadprzyrodzone; świat bez czasu, gdzie wiele rzeczy nie miało jeszcze nazw, był też jego światem. Potrzebował aż dwudziestu lat, by spisać te rodzinne opowieści z całym dobrodziejstwem i przekleństwem odniesień biblijnych, baśniowych, literackich, politycznych; uświadomił nam, że „plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi”.
Historia hiszpańskiego miasteczka Macondo i dzieje rodziny Buendia, które miały miejsce na przestrzeni wielu lat i kolejnych pokoleń. Wszystko w baśniowym klimacie, gdzie fikcja miesza się z realnością,a jawa ze snem. Narracja niemal kronikarska, ciężko tu było się utożsamiać z bohaterami. .Nie dość, że opisywane były też dzieje kolejnych pokoleń, to osią wszystkiego był wątek kazirodczy. Historia Buendiów to stałe powtórki z rozrywki i podobne doświadczenia co jakiś czas dla kolejnych potomków.
Miałam przeczucie, że będzie to książka refleksyjna i mój nos mnie nie zawiódł.
Macie czasami tak, że obcując z literaturą wysokich lotów, piękną językowo i z mnóstwem bardzo dobrych pomysłów czujecie się znużeni? Doceniacie kunszt autora, ale brnięcie w każdą kolejną stronę jest jak pańszczyzna? Ja tak miałam w przypadku tej powieści. Było sporo fragmentów, które mnie wciągały, ale brak było jakiegoś spoiwa, czegoś co sklei historię. Miałam momentami wrażenie, że są to mini opowiadania, które tylko w takiej formie powinny być czytane. Może to wina odstępów jakie robiłam dozując sobie "Sto lat samotności". Być może, ale jakbym nie odpoczywała, to bym nie doczytała. Nie pomaga w tym także powtarzanie tych samych imion, które nadawane są kilku bohaterom. Ten zabieg doprowadza moje zwoje mózgowe do sporego mętliku.
Ależ to się ciężko czytało 🙈 Potężna fabularnie saga rodzinna, w której połowa mężczyzn nazywa się Jose Arcadio, a druga połowa - Aureliano. Historia rodziny obejmuje tak wiele pokoleń, że nie sposób nie pogubić się wśród tych powtarzających się imion 😅 Całość jest spowita przygnębiającą aurą przemijania, bohaterowie starzeją się, tracą rozum lub po prostu umierają, rodzinna rezydencja przez dziesięciolecia niszczeje i traci całą świetność - ogólnie raczej depresyjny klimat. A co do pozytywów - sporo scen było na tyle mocnych, fajnych, plastycznych, że utkwiło mi w głowie. Na przykład scena ze strużką krwi, która krętymi drogami dopłynęła do jednej z bohaterek, która jak za nicią Ariadny udała się tym śladem na miejsce śmierci ukochanego. Czy motyw z próbą wywabienia zapachu prochu podobała mi się baśniowość przebijająca przez fabułę, niektóre wydarzenia były tak niesamowite, że czytałam z niedowierzaniem ☺️ Nie ulega wątpliwości, że to wybitna literatura - jest bardzo misternie napisana. Ale to jednak nie mój styl...
W każdym razie, to, w czym wielu czytelników upatruje siłę tej powieści, dla innych będzie niestety pewnym znojem i ja się niefortunnie do tej drugiej grupy zaliczam, ale książkę polecam, gdyż to literatura zdecydowanie wysokich lotów.
Ocena książki: 5/10

Myślę, że to raczej nie dla mnie, aczkolwiek może kiedyś spróbuję :)
OdpowiedzUsuńW razie czego wyślę ci ebook na gmail.
UsuńKsiążka nie jest łatwa w czytaniu, ale mnie wciągnęła. Podobała mi się do tego stopnia, że sięgnąłem po inne książki Marqueza - "Opowieść rozbitka", kilka opowiadań. I tez się nie zawiodłem. Są to tego typu utwory, że nie da się ich "przelecieć" dla ciekawej fabuły. Trzeba czytac powoli i się delektować.
OdpowiedzUsuńW takim razie to nie jest literatura dla mnie
Usuń